Lista skarbów to przetematowienie Listu miłosnego (nie jedyne zresztą, ale wersja na Batmana, Hobbita i oczywiście Gwiezdne Wojny nie zmieniała tytułu gry), znanej małej szybkiej i wciągającej gry karcianej, którą Piotr recenzował TUTAJ.
Ale Lista skarbów odwołuje się także do znanego motywu Munchkina i jego postacią wpisuje niejako w serię gier o ludziku niewielkiego wzrostu. Zasady pozostały jednak nietknięte (acz obdarte z romantyzmu) i cała gra to po prostu List miłosny z innymi grafikami i, co za tym idzie, innymi nazwami kart.
Zanim przejdziemy do porównania obu gier, słów kilka o zasadach. Dla tych, którzy być może pierwowzoru nie zaznali.
Oto w skromnej talii mamy kilkanaście kart ponumerowanych od 1 do 8. Karty od 1-5 występują w kilku kopiach, karty 6- 8 po jednej. Przy czym karta 8 (Kupa skarbów) jest kluczowa.
Gracze tasują talię, jedną kartę odkładają na bok, następnie rozdają sobie też po 1 karcie i zaczynają… się eliminować.
W swojej turze gracz dociąga ze stosu drugą kartę na rękę i z tych dwóch jedną zagrywa (co w tej grze nazywa się – nie wiedzieć czemu – odrzucaniem), realizując tekst z karty. Teksty w większości pozwalają eliminować inne postacie.
Runda toczy się do momentu, gdy na placu boju zostanie 1 gracz lub gdy skończą się karty w stosie. W tym przypadku wygrywa gracz z kartą nr 8 lub inną najwyższą.
Po kilku rundach takiej młócki w dworskich oparach perfum… tfu! w munchkinowych oparach absurdu…kończy się cała rozgrywka.
Tyle zasady. A jak wrażenia? Zacznijmy od porównania.
PORÓWNANIE
Jak wspomniałam, mechanicznie zmian nie ma żadnych. Zmieniono tylko wygląd i nazewnictwo kart. Nie mamy więc Strażniczki – mamy Roślinę doniczkową. Księcia wymieniono na Forumowego trolla, Baron stał się Kaczorem zagłady, a Hrabina Smokiem plutonowym. Sama Księżniczka, do której pozostali bohaterowie tęsknie wzdychali, stała się Kupą skarbów. Ale przynajmniej ciągle wzdychają.
Nie jestem graczką w Munchkina i nie mam bladego pojęcia, czy nazwy te nawiązują w jakikolwiek sposób do czegoś innego (poza tą grą), ale same w sobie nie tworzą żadnej całości i trudno tu szukać jakiegoś fabularnego sensu, czy klimatu. Chyba, że za klimat uznamy panoszący się wyziew absurdu.
Niemniej, niezmieniona mechanika broni się wszystkimi kończynami małego ludzika. Nadal jest to szybka sprytna i wesoła towarzyska gra karciana. A teraz w zasadzie jeszcze weselsza niż w oryginalnej wersji. Myślałam, że dziewczynki, które tak ochoczo grały w List miłosny, nie będą chciały przerzucić się na Listę skarbów z uwagi na zmienione miejsce akcji, ale się myliłam. Dworski, oddany pieczołowicie klimacik ustąpił miejsca nowemu śmiesznemu Munchkinowi i jego kompaniji. Dzieci bez żalu porzuciły tiule, fiule i woalki na rzecz dość prostych ilustracji Młotomyszy z Marsa, czy zwykłej Altanki. Przyciągnął je powiew świeżości oraz humor.
Karty są mniejsze niż u poprzedniczki i skromniej ilustrowane (mi się akurat nie podobają) i o nieco innej teksturze. Ale co to ma do rzeczy? Nic. To dalej fajna karciana gierka na niejedną nudną chwilę. Zależnie więc od upodobań fabularnych, sięgnijcie albo po jedną, albo po drugą. Bo zawsze to przyjemny chwilerek na każdą okazję… tfu! Powtarzam się już…
Grę Munchkin Lista skarbów kupisz w sklepie
Dziękujemy firmie Black Monk za przekazanie gry do recenzji.
Złożoność gry
(3/10):
Oprawa wizualna
(6/10):
Ogólna ocena
(8/10):
Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Bardzo dobry przedstawiciel swojego gatunku, godny polecania. Wady mało znaczące, nie przesłaniające mocno pozytywnego odbioru całości. Gra daje dużo satysfakcji.
Ale jednak coś się zmieniło… o ile dobrze pamiętam w Liście Miłosnym Król (6) i Hrabina (7) też występowali w pojedynkę…. ciekawe, czy ma to jakiś wpływ na rozgrywkę. Jest więcej niż 16 kart, czy 6 i 7 zwiększyła swoją liczebność redukując liczebność Strażniczki … tfu, Rośliny Doniczkowej?
O kurczę, aż tak dokładnie nie sprawdzałam. Nadrobię to! :)
Nie, no jest identycznie! Karty 6, 7 i 8 występują po jednej sztuce. Uściślę to w tekście. Dzienks.