Słowa fagitomania nie znajdziecie w słowniku wyrazów obcych. Stworzyłem je na potrzeby niniejszej recenzji. Fagito oznacza z greckiego żywność, a mania pochodzi od helleńskiego znaczenia szału, furii. Summa summarum powstała nam definicja opisująca fascynację jedzeniem. Niniejsze pojęcie nie istnieje w rzeczywistym świecie, ale świetnie oddaje słabości jednego z najpopularniejszych autorów gier planszowych ostatniego czasu – Uwe Rosenberga. Po Fasolkach, po Agricoli, po Le Havre pojawia się kolejna gra, w której żywność gra pierwsze skrzypce (o ile można w ogóle napisać o jedzeniu w takim kontekście). Jest to At the Gates of Loyang.
Wielcy poprzednicy
At the Gates of Loyang jest jednocześnie grą zamykającą tzw. trylogię żywnościową, w skład której wchodzi jeszcze Agricola i Le Havre. Chyba nie ma wśród planszomaniaków osób, które nie słyszało tych tytułów, co więcej wielu z Was pewnie spróbowało obu produkcji w praniu. Pomimo, że zarzuca się tym grom miejscami rozwiązania nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, którą opisują (szczególnie Agricoli), pomimo, że jest głośna grupa osób szczerze tych tytułów niecierpiąca, to w obiektywnym ujęciu obie gry są bardzo ważnym krokiem w rozwoju gier planszowych na świecie. Ceni się w nich szczególnie sprawnie działającą i wymagającą mechanikę, złożoność rozgrywki i wprost fenomenalną grywalność, gdzie dziesiąta czy dwudziesta partia potrafi nadal dostarczać niezapomnianych wrażeń. Jeżeli tylko nie kręcisz nosem na odgłos nazwiska Rosenberg, to zapraszam do niniejszej recenzji At the Gates of Loyang, bo uważam, że trzecią grę trylogii żywnościowej również warto poznać.
Rzepa i dynia panaceum na problemy żywieniowe
Jak to bywa w eurograch, At the Gates of Loyang ma swoją otoczkę klimatyczną – a jakże! – która tłumaczy, po co robimy to co robimy, i dlaczego mechanika ma taką, a nie inną postać. Mianowicie przenosimy się 2000 lat wstecz, do Chin, za czasów dynastii Han. Luoyang (dzisiaj „prowincjonalne” miasteczko z ponad 6 milionami mieszkańców), stało się ówcześnie tzw. wschodnią stolicą ówczesnego imperium. Miasto przechodziło gwałtowny rozwój i potrzebowało regularnego zaopatrywania w żywność. W tym momencie pojawia się pole do popisu dla nas – Wangów, Zhangów czy innych Chenów, czyli lokalnych rolników. Uprawiając na swoich polach pszenicę, dynie, rzepę, kapustę pekińską, fasolę bądź pora, pragniemy znaleźć dla nich klientów pod bramami miasta i sprzedać w zyskownych transakcjach. Nie jest to na pewno temat wywołujący drżenie łydek, ale zawsze lepsze to niż nic.
Karcianka o znamionach planszówki
Pudełko At the Gates of Loyang wykonane jest z artystycznym zmysłem, ale po jego otwarciu czeka nas małe zaskoczenie. Mianowicie przynajmniej połowa pudełka jest pusta i można spokojnie umieścić w nim dwa egzemplarze gry. Pierwsze co się rzuca w oczy to drewniane elementy, przedstawiając zboże i warzywa. Są kolorowe, fikuśne i na pewno spodobają się graczom. W pudełku przeważają jednak karty, których znajdziemy aż 120 sztuk. Ok., są w środku plansze dla każdego z uczestników, ale bardziej przypominają one zdegenerowaną listę Kramera z punktacją niż to co zwykle nazywamy planszą gracza. Jednak pierwsze wrażenie jest bardzo złudne. Loyangowa plansza graczy w czasie rozgrywki stanie się istnym szkieletem naszego rolniczego gospodarstwa, dzięki czemu każda posiadana przez nas karta będzie miała swoje jednoznaczne i czytelne miejsce. Nie boję się użyć tak mocnego słowa – pomysł na planszę jest wprost fantastyczny i świetnie funkcjonuje w czasie rozgrywki. Czy to pole, czy stragan, czy pomocnik, czy wreszcie któryś z klientów, wszystko widać jak na dłoni.
Jeden dzień ż życia chińskiego rolnika
At the Gates of Loyang ma zdecydowanie najmniej złożone zasady z pośród całej trylogii żywnościowej. W regułach nie ma specjalnych niuansów, rozwiązania są logiczne, dość naturalne i w odróżnieniu od Agricoli czy Le Havre, wystarczy kilka minut, aby nauczyć innych jak w to grać. Wszystko zaczyna się od wybrania jednego warzywa, które kładziemy na polu i powielamy, tak, aby mieć ostatecznie 9 posianych egzemplarzy. Jednocześnie odmierza się tak postęp w grze, bowiem partia trwa 9 rund.
Każda runda zaczyna się od zbiorów, czyli pobrania po jednej sztuce rośliny z każdego pola i wystawienia nowej karty z pustym polem. Następnie rozdajemy wszystkim graczom po cztery kart, wśród których ukryci są najróżniejsi pomocnicy, płatne pola, kontrahenci i stragany służące do wymiany jednego rodzaju warzywa na inny. Niestety otrzymanych kart gracze nie mogą zachować. Odbywa się tutaj całkiem sympatyczna zabawa w odrzucanie kart, których się nie chce, i próba zgarnięcia ze stołu karty, która może się przydać. Ostatecznie uczestnicy muszą skończyć tę fazę z jedną nową kartą ze stołu, i jedną z ręki. Wreszcie przechodzimy do głównego elementu rundy, czyli zarządzania gospodarstwem. Właśnie tutaj wykonane akcje dostarczą nam pieniędzy, za które będziemy mogli się przesunąć na Ścieżce Dobrobytu, czyli torze punktacji.
Prawie jak Ubongo
Przyjrzyjmy się bliżej zarządzaniu gospodarstwem, potraktowanemu w poprzednim podrozdziale trochę po macoszemu. Każdy z graczy może tu wykonywać – w zupełnie dowolnej kolejności i liczbie – najróżniejsze dostępne akcje. Możemy sadzić nowe rośliny, aby w przyszłości zbierać z nich plony, możemy wykorzystywać stragany, aby pozbyć się na przykład dyni, a uzyskać w zamian rzepę, możemy kupować i sprzedawać płody rolne przez oficjalny sklep, co bywa mało opłacalne, ale czasami potrzebne. I to nadal nie wszystko. Kupujemy też nowe karty i używamy już posiadanych. Części z nich dostarcza nam bezpośredniej interakcji z konkurentami i możemy użyć cudzego straganu czy podebrać komuś jakiegoś pomocnika czy warzywo. Wreszcie realizujemy kontrakty z jednorazowymi i regularnymi klientami (czyli sprzedajemy im ustalone konfiguracje roślin), dzięki czemu otrzymujemy trzon naszych zysków.
Nazwa niniejszego podrozdziału – prawie jak Ubongo, choć bardzo upraszcza, nie pojawiła się przypadkiem. Cała opisywana faza przypomina taką łamigłówkę, w której mając pewne dostępne zasoby, próbujemy znaleźć taką kolejność, takie rozwiązania, aby wycisnąć jak najwięcej pieniędzy na koniec rundy. Niczym w Ubongo próbujemy znaleźć idealne połączenie wszystkich dostępnych elementów.
Cała prawda o At the Gates of Loyang
Choć At the Gates of Loyang nie wymaga od nas, aż takich pokładów intelektualnych jak Agricola czy Le Havre, to pojawiają się dylematy, z którymi musimy sobie poradzić. W grze występują pożyczki, które mogą dać nam jednocześnie potężnego kopa, jak też na koniec gry nas zrujnować punktowo. Niezbędne staje się sprawne zarządzanie doborem klientów, ich ilością i rodzajem. Jeżeli nie będziemy co rundę zaspokajać apetytów regularnych klientów, ci będą się irytować i domagać się od nas odszkodowania. Wreszcie sprytnie skonstruowany cennik punktacji zmusza nas do ważkich decyzji na koniec każdej rundy. Na pewno duży wpływ na naszą rozgrywkę mają też karty. To właśnie dzięki nim możemy dostać lukratywne umowy handlowe czy niezbędne nam stragany i pomocników. Stąd też At the Gates of Loyang jest najbardziej losowy spośród całej żywnościowej trójki. Z drugiej strony karty rozwiązują problem schematyczności, wpływają na regrywalność i dostarczają, może nie powszechnej, ale jednak widocznej interakcji.
Dylemat portfela
At the Gates of Loyang nie jest grą tanią, wręcz przeciwnie trzeba za markę o nazwie Uwe Rosenberg słono zapłacić. Stąd nie mogę Wam jej bezkrytycznie polecić. W mojej opinii – Agricola i Le Havre – to gry rewelacyjne, ścisła czołówka gier ostatnich lat. Nawet trudno mi zdecydować, którą lubię bardziej. Na pewno jednak At the Gates of Loyang odbiega od nich i aż tak wysoko go nie oceniam. Z drugiej strony to gra co najmniej dobra, przy której będę się bawić jeszcze długo. Tak, więc jeżeli jeszcze nie mieliście styczności z Agricolą czy Le Havre, to na pewno polecam, którąś z tych pozycji w pierwszej kolejności. Jeżeli jednak znacie na wskroś poprzednie dzieła trylogii żywnościowej, to At the Gates of Loyang na pewno też jest godny uwagi.
Warto na koniec dodać, że At the Gates of Loyang świetnie się skaluje i w każdej konfiguracji gra się bardzo przyjemnie, nawet jednoosobowo. Co więcej, aby przyśpieszyć rozgrywkę i rozwiązać problem długiej gry dla czterech graczy, ten tryb rozgrywany jest w symultanicznych parach i działa to wyśmienicie. Jednym słowem pozostawiam Was i wasz portfel z dylematem, czy kupić tę – choć może nie rewelacyjną – to jednak dobrą pozycję.
Sprintem po grach
bazik – (2/5) to zupełnie nie ta klasa co Agricola czy Le Havre, ciężko tu mówić o jakiejś trylogii, gdy Loyang taki lekkawy jakiś w porównaniu. Sama gra dla mnie strasznie monotonna – przez 9 rund robię dokładnie to samo, emocje nie narastają, wręcz jeśli jest okazja odskoczyć w połowie gry wyprzedając wszystkie warzywa, to w zamian za wygranie gry dostaje się czekanie na koniec nic nie robiąc ostatnie 3 rundy. To Essen miało całkiem sporo naprawdę dobrych tytułów, ten można sobie odpuścić.
folko – (4/5) (po jednej partii) nie jestem miłośnikiem Agricoli… nie podoba mi się szereg kart zmieniających zasady, nie przepadam za takimi grami. Loyang podoba mi się bardziej od swojej starszej siostry. Schludna, elegancka mechanika, w sensowny sposób łącząca się z klimatem dała mi 1,5 godziny dobrej zabawy. Grałem w wariancie 4 osobowym, który wydaje mi się być zrobiony trochę na siłę, mam wrażenie że Loyang świetnie będzie się sprawdzał jako gra dla 2 osób i tak spróbuję ją z przyjemnością.
Dziękujemy firmie Heidelberger Spieleverlag za przekazanie gry do recenzji.
Ogólna ocena
(4/5):
Złożoność gry
(3/5):
Oprawa wizualna
(4/5):
świetna recenzja :) nadała sens temu bezładowi, który widziałam na stolikach we Wrocławiu heh. a taki pomysł na planszę to miałam wcześniej ja, do swojej karcianej grze o gangsterach ;P (która oczywiście nigdy nie wyszła poza moją szanowną głowę)
Dobra, rzetelna recenzja, dzięki.
uff,mozna sobie na szczescie darowac ;)
Nie będę czepiał się, że Uwe powinien wesprzeć chłopaków od Pnączy, zamiast robić gry o chińczykach, bo po pierwsze, wspominanie o Chińczyku jako grze planszowej jest źle widziane, a po drugie, przecież Uwe odwalił już swoje w dziedzinie Pnączy wydając grę pt. Fasolki.
Pozdrawiam
Dobra recenzja, z charakterystycznym stylem Pancho. Zgrabnie opisana mechanika bez przytłaczania regułami. Co do samej gry, to chętnie bym spróbował.
Jestem po dobrych kilku grach i coraz bardziej mi się ta gra podoba. Nie grałem jeszcze tylko w wersji na 2 osoby (i raczej nie zagram).
Wersja solowa – bardzo fajna, chociaż mocno losowa. Zarówno w 3 jak i 4 osoby, gra się ciekawie przy czym system doboru w pary mi się nie podoba. Czasami działa jak taktyka 4F (find them, fix them, flank them, finish them), bo wybraną osobę można „zmusić” do działania, czy poprzez przypisanie wyłaczyć z rozgrywki jej pomocników. I to jest wkurzające, ale jakże grywalne.
Moje doswiadczenia wskazuja, ze gra niesie ze soba bardzo duzy element interakcji. Wlasciwie im wiecej gier, tym bardziej go odkrywam.
Właściwie jest to pierwsza powstała gra z trylogii żywnościowej, tylko wydana jako trzecia, to tak gwoli uściślenia. To by tłumaczyło większą prostotę niż w pozostałych dwu grach. Zastanawiające jak Rosenberg wędruje coraz bardziej w stronę bardziej wyrafinowanego mechanizmu gry przy braku wydłużenia czasu gry (patrz Szklany Szlak i Pola Arle), jednocześnie wydając uproszczone dwuosobwe wersje swych przebojów i miniaturowe abstrakcje jak Patchwork.