Trzy sekundy zabawy, potem trzy minuty szukania elementów gry, potem trzy sekundy zabawy i tak w kółko – w ten właśnie sposób podsumował grę Street Painball Tom Rosen z serwisu BoardGameNews. Brzmi jak Jenga, wariant Godzilla kontra Mechagodzilla, prawda? Jednak chodzi o zupłenie coś innego. Street Painball jest bliżej takim grom jak Jungle Speed albo Squad Seven.
Street Paintball to karcianka nastawiona na refleks. Każdy gracz ma wyłożone przed sobą sześć kart z członkami swojego oddziału oraz talię, z której będzie odkrywał kolejne karty na środek stołu. Dodatkowo na środku leżą gumowe, włochate kulki w kolorach graczy. Jeśli odkryta karta ukazuje członka jednego z zespołów, wszyscy próbują chwycić za swoją kulkę i… rzucić ją w tego gracza. A co ma robić ta żywa tarcza? Próbować złapać kulki innych graczy przed nimi – wtedy nie dadzą rady w niego rzucić. Oczywiście nie można rzucać w zwykłych obywateli, którzy także są na kartach i są łudząco podobni do kart ze strzelcami – jedynie nie mają broni. A tym bardziej nie wolno rzucać do policjantów, nawet jeśli ci mają jakąś broń. W taliach znajdziemy także kilka innych niespodzianek urozmaicających rozgrywkę, jak to zwykle w tego typu grach bywa.
Wydaje się, że Street Paintball może być niezłą propozycją na imprezę, łatwiejszą do przyswojenia i „załapania” niż klasyk Jungle Speed, a także być może bezpieczniejszą dla naskórka. Ale czy będzie się sprawdzać? Z komentarzy tych którzy grali wynika że to bardzo zależy od tego gdzie gramy. Jeśli łatwo znajdziemy porozrzucane po pokoju kulki, albo kibicują nam dzieciaki, które chętnie nas w tym wyręczą – gra może być hitem imprezy. Ale na konwencie, wśród ciasno rozstawionych stolików, w gąszczu nóg należących do stołów, krzeseł i graczy – raczej się nie sprawdzi.
Zdjęcia gry na BGG.
Ech, a już myślałem, że coś wiadomo o Paintballu Folko…