Dwa dni temu odebrałam taką nietypową przesyłkę.

W takim fajnym pudelku Dziennik przyszedl (edycja limitowana). Nie było trudno otworzyć kłódkę, ale jednak trzeba było chwilę pomyśleć. A ja poczułam się jak w Escape Roomie.
Dziś za mną dopiero 1/4 rozwiązanych zagadek.
Dlaczego tak wolno? Kwarantanna, przecież czego jak czego, ale czasu wolnego mi się robi coraz więcej. No więc?
Bo Dziennik 29: Przebudzenie jest pioruńsko trudny.
I dzielę się pierwszymi wrażeniami już teraz, bo prędko go – przez ten wysoki próg – chyba nie skończę ;)
Jest zdecydowanie bardziej klimatyczny.
Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że jest to samodzielna gra i absolutnie nie musicie znać części pierwszej, w której – poza krótkim wstępem o zaginionej ekspedycji – nie mieliśmy klimatu w zasadzie wcale. Cała zabawa polegała na rozwiązywaniu zagadki za zagadką, zapominając powoli po co właściwie to robimy.
W Przebudzeniu nie popełniono już tego błędu. Pod tym względem przypomina trochę Wyprawę 1907 (choć nie pod względem mechanicznym – styl współpracy z urządzeniami mobilnymi zachowano z części pierwszej Dziennika) – nie ma tak wiele tekstu jak w Wyprawie, ale pojawia się on co kilka stron i daje bardzo fajny klimatyczny wydźwięk. Czytam i wyobrażam sobie co się dzieje z członkami ekspedycji. To bardzo mi się podoba.
Co do zagadek – jak już wspominałam – są trudne.
I to nie tylko chodzi o logiczne myślenie, ale też niestety czasem bazują na wiedzy. Nie jest to może super specjalistyczna wiedza, ale wyobraźcie sobie, że chodzą po świecie ludzie, którzy np. nie potrafią grać w szachy ;). Nie każdy też zna pewne terminy czy słowa na których zagadka bazuje. To frustruje – trudno będzie nie skorzystać raz czy dwa z gotowego rozwiązania – nie mówiąc już o podpowiedziach. Choć z drugiej strony – dobrze, że taka możliwość w ogóle istnieje, bo moglibyśmy utknąć w Dzienniku na dobre. Mnie – jak na razie – pokonały dwie zagadki (ok. 15 już za mną). A tylko kilka z nich rozwiązałam bez żadnej podpowiedzi. Trudna ta książka…
I dlatego zasugeruję, że warto nad Dziennikiem pochylić się w kilka osób – burza mózgów to jest coś, co może wam być potrzebne.
Aha, i jeszcze jedno:
Bez sokolego wzroku się nie obejdzie
Więc załóżcie okulary na nos i weźcie lupkę w dłoń ;)
Tyle ode mnie, idę dalej czytać Przebudzenie. Bo mimo wszystko (mimo, że radzę sobie tak jak sobie radzę) to fajny ten Dziennik. Ech, fajny…

Jest bardziej klimatyczny, a opowieść jest spójna i można się poczuć jak na wyprawie śladami zaginionej ekspedycji.