Pędziły już żółwie, pędziły jeże, pędziły również ślimaki. Mowa oczywiście o formie ruchu… (Przebiegały też tu i ówdzie wielbłądy, ale to inna bajka). Teraz przyszedł czas na zające, które najwyraźniej poczuły się zazdrosne i też by sobie pobiegały. Choć może po samym tytule tego nie widać. Ale wystarczy jedno spojrzenie do pudełka, by zauważyć uderzające podobieństwo do przodków. Bo i kolorowe drewniane figurki i krótka plansza wyścigu i karty ruchu i kolory wspólne dla wszystkich i inwestowanie w określone z nich… Nie mówiąc już o jednym autorze, którym jest niezrównany Reiner Knizia. Zatem – do startu, gotowi, kic!
Nie jestem fanką serii. Pędzące żółwie były i są dla mnie grą dziecięcą. Pozostała menażeria Reinera ominęła mój stół, ale dotarły na niego ostatnie (na razie?) zające. Futrzaki ścigają się o to, o co futrzaki z przerośniętymi siekaczami ścigać się mogą – o marchewki. I tu od razu pierwsza zaleta: wykonanie gry jest naprawdę cudne. Niby to tylko i znowu żetony i karty, ale jakieś takie dopieszczone, szczególnie marcheweczki. Nic, tylko schrupać!
Sama oś mechaniki pozostaje niezmienna: mamy na starcie kilka zajęcy w różnych kolorach, którymi sterujemy za pomocą kart ruchu. Kogoś popchniemy do przodu, kogoś cofniemy, ot typowy dzień na łące, gdy na horyzoncie majaczą pomarańczowe obiekty pożądania. W przeciwieństwie do Żółwi, tym razem każdy gracz kibicuje w sekrecie dwóm zającom. (Na płytkach występują różne kombinacje par kolorów). Może się więc zdarzyć, że dwóm lub nawet trzem graczom zależy na wygranej tego samego zajączka.
Druga różnica to brak przewozu typu „na pleckach”. Zajączki kicają sobie zgodnie z naturą, każdy osobno, na własnych nóżkach. Trzecia różnica to podział na 3 rundy, w trakcie których zajączki wyczerpią cały zapas punktowanych marchewek do zdobycia. Czwarta – na trasie wyścigu też czekają, małe bo małe, ale jednak marchewki. Piąta – oryginalny system pozyskiwania marchewek. Otóż, na mecie czekają 3 kopce pomarańczowego warzywka, każdy opatrzony losowym numerkiem znamionującym liczbę punktów. Pierwszy zając, który ukończy trasę wyścigu zdobędzie kopczyk z lewej strony, drugi – środkowy, a trzeci – kopczyk po prawej. Dzięki losowemu przydziałowi punktów, to nie szybkość a określona kolejność decyduje o przydziale punktów! I jeśli dodać do tego bonusy na trasie oraz fakt podliczania przez każdego gracza dwóch zajączków – mamy znowu odrobinę świeżości a’la Knizia w tej niby odgrzewanej warzywnej zupie.
Zające są bardzo dobrą grą. Cieszą oko i intelekt. Nie są bezmyślnym ściganiem się o pierwsze miejsce, nie są li tylko zamianą jednego gatunku fauny na inny. Wymagają od dzieci solidnej dozy planowania i sprytu. Oczywiście, i bez tych atrybutów pociechy będą się świetnie bawić, ale jeśli uda nam się wykorzystać wszystkie zalety tego tytułu, to możemy sobie tylko pogratulować dobrej inwestycji w rozwój naszego milusińskiego.
Zatem, Reiner i Trefl u mnie znowu na duży plus! :D
Złożoność gry
(4/10):
Oprawa wizualna
(10/10):
Ogólna ocena
(10/10):
Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Gra praktycznie bez wad, genialna i to nie tylko w swojej kategorii. Ma ogromną szansę spodobać się nawet ludziom, którzy dotąd omijali ten typ gier szerokim łukiem.