Od jakiegoś czasu chodziło za mną żeby zagrać w KAKAO, ale jakość nie było okazji go zdobyć. W końcu jednak się udało – od G3 przyszło pancernie zapakowane pudełko egzemplarza recenzenckiego. Podkradliśmy więc z żoną synkowi po cztery łyżeczki jego ulubionego Puchatka, zalaliśmy gorącym mlekiem, otworzyliśmy gorzką czekoladę i zabraliśmy się do rozpakowywania pudełka.
Szybko wypchnęliśmy kafelki z zabezpieczeń, ledwie rzucając okiem na śliczną wypraskę, i po chwili zabrałem się do wertowania instrukcji. W tym czasie Marta zaczęła przeglądać zawartość pudełka, delektując się przy tym gorącym KAKAO.
– Podobne do Carcassone – stwierdziła po chwili, lekko się przy tym krzywiąc – te kafelki, te meeple. Wiesz, że Carcassone nie lubię.
– Spokojnie, KAKAO jest inne i lepsze – odpowiedziałem, trochę przy tym blefując, wszak w grę wcześniej nie grałem, a to co o niej wiedziałem, wiedziałem z opinii innych.
Po kilku minutach lektury króciutkiej instrukcji przeszedłem do tłumaczenia zasad: że mamy żetony pracowników i żetony dżungli, że kładziemy je naprzemiennie tworząc niejako szachownicę, że z tego żetonu dżungli możemy zebrać KAKAO, a na tym je sprzedać, że akcje wykonujemy tyle razy, ilu mamy pracowników na przyległej do pola ściance, i tak dalej. Krótko, zwięźle i na temat. Żona się nie znudziła – to dobry znak.
W końcu zaczęliśmy grać… Miała być jedna partia, na rozgrzewkę, żeby zapoznać się z zasadami i wsio, poważniejsza rozgrywka innym razem… Ale tak jakoś szybko poszło, zmieściliśmy się w około 20 – 25 minutach.
– Zagramy jeszcze raz Myszko? – zagadnąłem nieśmiało.
– Chętnie – odparła Marta ku mojemu zdziwieniu (wszak środek tygodnia, późna pora, a „Myszka” do nocnych Marków nie należy) – zrobię tylko kolejny kubek KAKAO.
I zagraliśmy drugi raz… a potem trzeci. I o ile w pierwszej partii graliśmy trochę na czuja, sondując jak, co punktuje i przy których kaflach ustawić się najlepiej, o tyle w kolejnych zaczęliśmy już obmyślać jakieś mini-strategie i kalkulować drogi prowadzące do zwycięstwa (obstawić świątynie czy zainwestować w sprzedaż KAKAO, a może popędzać nosiwodę ?). Tym razem poszło jeszcze szybciej. Trzy partie w około godzinę. Nieźle.
– I jak dobre to KAKAO ? – zapytałem żonę po skończonej ostatniej partii.
– Wyśmienite – odparła dopijając ostatni łyk z kubka.
Ps. więcej planszowo – kulinarnych wrażeń przedstawimy po rozegraniu większej ilości partii (z obowiązkowym kubkiem gorącego KAKAO, rzecz jasna).
Ps 2. z wrażenia zapomniałem porobić zdjęcia, więc te z których korzystam pochodzą ze strony wydawcy gry – G3