Żegnajcie pieczone robale, witaj chłodne sushi
Pewnie już wielu z was miało styczność z Polowaniem na Robale, grą wydaną na polskim rynku przez wydawnictwo Egmont. Prosta gra, z bakelitowymi kostkami a la domino, oraz mechaniką opartą o rzutach kostką. Lekka, wesoła, prawie imprezowa pozycja, w którą mogą się bawić zarówno dorośli i dzieci. Autorem Polowania na Robale jest sam słynny Reiner Knizia, a całość została wydana w charakterystycznym uniwersum Chicken World (Hühnerwelt).
Widać współpraca między wydawnictwem i projektantem jak najbardziej się ułożyła, bo poszli za ciosem i niedawno pojaliła się kolejna gra, w podobnym stylu co Polowanie na Robale. Nosi tytuł Sushizock im Gockelwok, a jako, że miałem okazje rozegrać partię napiszę kilka słów o tym zabawnym tytule.
O co chodzi tym razem?
Gra składa się z dokładnie tych samych elementów co Polowaniem na Robale, czyli z bakelitowych kostek oraz sześciościennych kości. Różnice są tylko na obrazkach i w temacie gry. Jeżeli jesteśmy już przy klimacie. Okazuje się, że kurczaki porzuciły już rywalizację o pieczone robale, teraz w modzie jest sushi, czyli japońskie danie z surowej ryby. Co za tym idzie wspomniane ilustracje na płytkach mają postać albo gotowego sushi, albo ości (czyli strawionej porcji).
Zasady proste jak barszcz sushi.
Reguły gry są trywialne i tłumaczy się je w 5 minut. Celem każdego z graczy jest zdobycie płytek niebieskich (gotowe sushi) z jak największymi punktami dodatnimi. Jednocześnie na każdą płytkę niebieską musimy mieć w swoich zasobach jedną płytkę czerwoną (czyli ości), najlepiej z jak najniższą wartością ujemną. Jeżeli złamiemy zasadę równowagi i płytek niebieskich mamy więcej niż czerwonych to nadwyżkę tracimy. Niestety w przypadku nadwyżki strawionych ości nadal podlicza nam się ich ujemna wartość.
W swojej turze gracz rzuca pięcioma kostkami. Oprócz pierwszego rzutu może jeszcze dwa razy rzut powtórzyć, ale po każdym musi co najmniej jedną kostkę odłożyć. Następnie wybiera jeden z możliwych wyników. A co to może być?
- jeżeli zdecyduje się na np. 3 kostki z niebieskimi sushi na oczkach to bierze sobie niebieską płytkę oddaloną o 3 od początku wystawionych na stole porcji sushi
- analogicznie, jeżeli zdecyduje się na np. 2 kostki z czerwonymi oścmi na oczkach to bierze sobie czerwoną płytkę oddaloną o 2 od początku wystawionych na stole ości
- jeżeli natomiast wypadnie odpowiednia ilość chińskich pałeczek na oczkach to w zależności od koloru tych pałeczek, może jednemu z graczy ukraść niebieską bądź czerwoną płytkę
Wielkie pożeranie
Tak więc rzucamy sobie kostkami i budujemy stosy gotowych porcji sushi i ich strawionych odpowiedników. Warto zwrócić uwagę, że w grze jest bardzo dużo interakcji. Gracze dość często kradną sobie wzajemnie płytki. I to nie tylko te z dodatnimi punktami. Czasami zabierają też ości, aby zepewnić sobie lub zabużyć innym zasadę równowagi między zjedzonym, a strawionym pokarmem. Oczywiście na koniec rozgrywki liczymy punktacje na podstawie dodatnich i ujemnych wartości na płytkach. Wygrywa ten kto ma ich więcej.
Warto?
Sushizock im Gockelwok bardzo przypomina Polowaniem na Robale w samym odbiorze, losowości, złożoności zasad. Jeżeli tylko gra od Egmontu wam przypadła do gustu to jestem pewien, że pożeranie sushi też musi się spodobać. W innym wypadku chyba nie ma co się nią interesować. Dla mnie osobiście obie gry są całkiem fajne, choć nie rzucają na kolana. Można od czasu do czasu w nie zagrać.
Ja jestem fanem Robali, ale Sushi nie przypadło mi do gustu. Może dlatego, że graliśmy w dwie osoby i generalnie zbyt często kradliśmy sobie kostki żeby to miało jakiś sens. Zbyt łatwo jest wyrzucić trzy pałeczki w jednym kolorze i tym samym w grze jest bardzo mało miejsca na decyzję. Przynajmniej przy dwóch graczach – przy większej liczbie można zdecydować przynajmniej komu zabieramy.
Dodatkowo w tej grze Knizia porzucił pomysłową mechanikę zamrażania kostek z Robali, która jest siłą tej gry. Odgrzewany kotlet.