W ostatnią sobotę miałam przyjemność uczestniczyć w Zgranym Wawrze (Zgrany Wawer Trudne Gry – XI edycja – Ogrywamy EsseNówki) i zmierzyłam się z Passing Through Petra.
Po pierwsze rzuca się w oczy wykonanie. Musimy wybudować (dosłownie) korytarz, którym będą podążali kupcy w stronę Petry. Gracze dostają planszetki, takie jak lubię (z wytłoczeniami, miejcami na kostki, namioty i miejscem na bazarek), pionki – mucha nie siada. Proszę państwa, oczy nam się uśmiały i chyżo usiedliśmy za stołem.
Kuba wytłumaczył zasady (a wiecie, że on to robi wspaniale) – ale nie było to 5 minut. Ta gra to coś więcej niż zabranie żetonu w kolorze, albo wystawienie gdzieś pionka. Ta gra to wiele zależności, które trzeba ogarnąć, jeśli chce się w ogóle liczyć na zwycięstwo.
Zacznijmy od tego, że mamy cztery możliwe akcje – Plaza (wzięcie dwóch płytek sprzed odkrytego do połowy obszaru przed Petrą), Siq (wzięcie jednej plytki z zamkniętego korytarza), Market (handelek, o którym zaraz opowiem) i Village, czyli zabranie naszych pionków, którymi handlowaliśmy i przy okazji zabranie jednej z wyłożonych kart (które mają zazwyczaj jakieś ciekawe efekty). Ale nie zawsze są one dla was dostępne – poruszacie się po kwadracie 3×3 – wykonacie taką akcję, a jakim kierunku (nie na jakie pole!) pójdziecie. Więc jeśli stoicie pod ścianą Plazy, to Plazy już nie wykonacie, chyba, że pójdziecie w kieruku Marketu. Pomysł nietuzinkowy. Powiem kolokwialnie, że nawet fajny. To wymusza granie różnymi akcjami.
Handelek jest ciekawy. Na swojej planszetce zabrane żetony układamy na dole, na bazarku. Ale mamy tam ograniczoną ilość miejsca, więc jak przestają nam się mieścić płytki, to te najstarsze są wypychane i lądują na górze planszetki na odpowiadającym kolorem miejscu. Handelek to nic innego jak wysłanie robotnika na to odpowiadające miejsce i pomnożenie płytek umieszczonych na górze w tym kolorze przez liczbę płytek (innego koloru – a jakiego, to wskazuje ikona) znajdujących się jeszcze na naszym bazarku. Uzyskaną liczbę wprawiamy w ruch na planszy – poruszamy naszym dyskiem o odpowiednią liczbę pól w miejscu przypisanym danej barwie przy okazji otrzymując bonus i – co najważniejsze – umieszczając tam nasze malutkie kosteczki. To jest właściwy cel gry – pozbyć się kosteczek z planszetki. Tylko tyle, albo aż tyle. Gra kończy się natychmiast, gdy ktoś tego dokona.
Kupcy, wielbłądy i wąwóz przed Petrą.
Nie będę pisać o wszystkich niuansach i możliwościach (każdy kolor to inne bonusy i inne możliwości zdobywania bonusów / pozbywania się kosteczek), bo wyszedłby z tego krótkiego tekstu przydługi esej. Bardzo mi się podobały zależności, mechanika a jeszcze bardziej wykonanie. Mniej podobało mi się to, że ciężko było ogarnąć postęp innych graczy. Interakcji takiej bezpośredniej w zasadzie nie było (poza walką o zasoby), ale jedyne co rzuca się w oczy, to ile komu zostało kosteczek. A w jednym ruchu można byłoby się pozbyć ich nawet dwóch, albo trzech, a może nawet czterech jeśli dobrze to rozegrać (w praktyce, bo w teorii to nawet więcej). Trudno było ogarniać zależności i planować na swojej planszetce. Trzeba było w przemyślany sposób brać płytki z drogi do Petry, bo potem te płytki najpierw robiły za mnożnik na bazarze, a potem robiły za mnożnik na górze planszetki, a potem już spadały do woreczka. Nie tylko co mamy, ale w jakiej kolejności mamy – to było najważniejsze. Więc jeśli trudno było ogarniać siebie, to teraz wyobraźcie sobie, że trzeba ogarnąć jeszcze pozostałych trzech graczy, jeśli się chce wiedzieć jak blisko są zwycięstwa i co będą chcieli zrobić w następnym ruchu.
W gruncie rzeczy każdy wiec sobie rzepkę skrobał licząc na to (a nie przeliczając), że uda mu się pierwszemu. Było fajnie. Nie żałuję. Ale powiem tak (zwłaszcza jak patrzę na cenę): to gra, w którą zagram, ale nie kupię.