Nie była to moja gra pierwszego wyboru z tegorocznych targów, jednak japońska tematyka zawsze skłania mnie do, choćby pobieżnego, zainteresowania. A tutaj zaproponowano całkiem interesującą fabularną otoczkę. Shikoku jest najmniejszą z 4 japońskich wysp, ale słynnie z 88 buddyjskich świątyń. W Japonii istnieje przesąd, że każdego z nas czeka rok nieszczęść (mężczyzn w wieku 42 lat oraz w wieku 33 lat dla kobiet) i aby ustrzec się przed złym losem należy odbyć pielgrzymkę do najsłynniejszej z nich – 23 nazywanej Yakuo-ji, w której czci się uzdrawiający aspekt Buddy – Yakushi Nyorai.
I o tym właśnie opowiada Shikoku. Zagrywamy karty, przesuwamy się na torze i zbieramy karty, żeby dostać się do świątyni. Wszystko w naprawdę przepięknej oprawie graficznej. Cały twist polega na tym, że wygrywa ten, kto… będzie drugi albo drugi od końca. Wszak należy zachować równowagę i nie być ani najgorszym, ani najlepszym.
Przy pierwszych partiach od razu pojawiły mi się skojarzenia z Pędzącymi żółwiami. Niemniej tutaj rozgrywka jest znacznie prostsza i poradzi sobie z nią każdy. Klasyk od doktora Knizi jest też o wiele bardziej emocjonujący. W Shikoku najwięcej nerwów było pod koniec rozgrywki, kiedy odpowiednio zagrana karta pozwala nam bezpiecznie usadowić się pośrodku. Wtedy jest czas na myślenie, analizowanie i przewidywanie ruchów innych graczy. Wcześniej – trochę się spieszymy, trochę ociągamy i jakoś leziemy do przodu bez większej frajdy.
Najfajniejsza zasada w Shikoku związana jest z blokowaniem ruchu. Druga karta (i przedostatnia przy większej liczbie graczy) w rzędzie mantry nigdy nie będzie umożliwiała poruszania się pielgrzymów. Wprowadza to trochę negatywnej interakcji między graczami, a nawet odrobinę blefowania, jednak dalej jest to spokojny i rodzinny tytuł, który nabiera rumieńców dopiero na sam koniec partii.
Jestem bardzo ciekawa rozgrywek wieloosobowych (możemy zagrać aż w 8 osób) oraz sprawdzenia, czy wtedy Shikoku nie zmieni się w nieprzewidywalną, chaotyczną zgadywankę. W 4 osobowym składzie szału nie było – graliśmy bez bólu, lecz bez ciśnienia na kolejną partię.
Ogólnie poszukujący fillerów dla sporej liczby graczy mogą spróbować, ale mocno ograni gracze raczej nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Ot, kolejny tytuł w gąszczu podobnych do siebie, wyróżniający się tylko sposobem określania zwycięzcy (nadal jednak bez oszałamiającego zaskoczenia). Aczkolwiek patrząc po zagranicznych opiniach, wielu graczom ta pozycja przypadła do gustu. Za to temat i oprawa graficzna – pierwszorzędne!