
Dziś zapraszamy na Cotygodnik, w którym spotykają nas miłe zaskoczenia, ogrywamy gry nowe i całkiem nowe, a także te, których na rynku jeszcze nie ma. Zapraszamy!
Pingwin
Hard City. Asymetryczna gra przeznaczona dla dwóch do pięciu graczy. Jeden z graczy wciela się w Doktora Zero, którego mutanty zalewają miasto i zabijają cywilów. Pozostali będą kierować Policjantami i spróbują ochronić cywili sukcesywnie pojawiających się na planszy. W przypadku gry dwuosobowej gracz poprowadzi wszystkich czterech policjantów, gdy obsada jest maksymalna wypada po jednym na głowę.

Gra utrzymana jest w surowym klimacie lat osiemdziesiątych nawiązując do seriali policyjnych. Każdy policjant otrzymuje pięć pączków, którymi będzie płacił za akcje, czyli strzelanie, przemieszczanie się po planszy, ratowanie cywilów (dostarczenie ich na pokład helikoptera). Strzały wykonujemy rzucając dwoma kostkami – czasem wypadnie mydło ale częściej będą wypadały nam pojedyncze lub podwójne strzały. Właśnie takich dwóch strzałów potrzeba aby zabić Mutanta (jeden powala go tylko na ziemię). Niestety może wypaść również porażka i w takim wypadku nie jest już ważne co wypadło na drugiej kostce, strzał uważa się za nieudany a Doktor Zero może w tym czasie zagrać kartę reakcji.

Punktacja odmierzana jest na wspólnym torze a wygrywa gracz, który jako pierwszy zdobędzie 7 punktów. W scenariuszu rozgrywanym przeze mnie Dr Zero zdobywał punkty za zabijanie cywili i policjantów, a policjanci za uratowanie cywila oraz za zabicie 10 mutantów. Co ważne, po zabiciu 10 mutantów oprócz punktu każdy policjant zdobywa doświadczenie, czyli karty rozwoju. Bardzo przyjemny element gry, kiedy nasi bohaterowie się rozwijają. Choć może mniej przyjemy dla Doktora Zero ;))

Tego typu gry nie należą do moich ulubionych, ale przyznaję z pewnym zdziwieniem, że grało mi się wyjątkowo przyjemnie. Karty Dr Zero nie były trudne do ogarnięcia, nie było dużo tekstu do czytania, a to co mi się dodatkowo spodobało to możliwość wykorzystania tych kart na różne sposoby: zagrania dla efektu albo skorzystania z ikonek (ruchu, ataku lub wprowadzenia mutantów na planszę). Jest w niej dużo decyzyjności, nieco przykrótka kołderka (mówię z punktu widzenia Dr Zero) gdyż chciałoby się wykorzystać wszystko z karty, a można tylko 2/3, czyli dwie z trzech ikonek. Grałam
partię dwuosobową i na pierwszy rzut oka wydaje mi się że to jest najlepszy układ, dlatego że wykonujemy swoje posunięcia naprzemiennie: raz policjant (zużywając wszystkie 5 pączków), raz Dr Zero, kolejny policjant i znowu Dr Zero, i tak dalej. Grając więcej osób, a zwłaszcza w 3 lub 4 gracze prowadzący policjanów nie będą tak często grać jak Dr Zero, choć na pewno będą ze sobą współdziałać. Z niecierpliwością czekam na pojawienie się Hard City na kickstarterze i na wersję finalną.
Budowa miasta, świeżynka od Naszej Księgarnia. Gra od dwóch do sześciu graczy, w której wystawiamy budynki na planszę oraz kupujemy udziały w obiektach już na tej planszy się znajdujących. Obiekty będą przynosiły zyski (proporcjonalnie do udziałów) wtedy, gdy zostanie zabudowana ulica bezpośrednio z takim obiektem sąsiadująca. Gra wymusza budowanie – jeśli bowiem nie możemy niczego wybudować (nie stać nas na to) zostajemy bankrutem i odpadamy z gry.

Co zrobić, żeby móc budować? Po pierwsze na początku dostajemy dość dużo pieniędzy. Trzeba nimi rozważnie dysponować. Po drugie, jeśli zabraknie nam pieniędzy możemy zacząć sprzedawać nasze udziały – co ważne aktywne udziały, czyli takie które jeszcze będą przynosić zysk. Sprzedaż nie jest oczywiście korzystna ale umożliwia nam zdobycie pieniędzy aby wybudować nasz budynek i nie przegrać walkowerem.

W tej grze trzeba naprawdę bardzo uważnie planować wydatki i nie wydać wszystkich funduszy na samym początku na udziały (kiedy są jeszcze tanie). Trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy wstrzymywaniem się od kupna, a inwestowaniem przed innymi graczami. Niestety gra ma też wadę, a jest nią losowość dociągu kafelków. Dany kafelek niestety możemy wybudować tylko na konkretnym, wskazanym miejscu, a nadto powinniśmy zachować reguły budowy mówiące o tym, że nowy budynek musi przylegać do już wybudowanego lub do obiektu. Jeśli zdecydujemy się na stawianie budynku „w próżni” tj. bez żadnego sąsiedztwa, to musimy ponieść dodatkowy koszt. I tu jest pies pogrzebany, bo kafelki nie dość, że różnią się ceną, to jeszcze wybudowanie pierwszego budynku przy obiekcie nagradza budującego zdobyciem przez niego darmowego udziału. Wyobraźcie sobie teraz, że jedna osoba losuje z woreczka kafelki które pozwalają na zdobycie wielu darmowych udziałów podczas gdy inna losuje drogie i leżące na zupełnym pustkowiu budynki. Zapewniam, że jest to możliwe, bo właśnie taka sytuacja nas spotkała podczas tej pierwszej, dwuosobowej partii. Brakuje mechanizmów pozwalających na wymianę takich niechcianych kafelków. Poza tym mankamentem gra jest całkiem przyjemna (choć ja się przy niej trochę zestresowałam ;)) a komponenty (budynki) robią spore wrażenie. Jest to gra familijna która na pewno będzie się podobać dzieciom i ich rodzicom.

Dla odmiany bardzo podobał mi się
Zeus, który również jest bardzo losową grą ale daje masę frajdy. Jest szybka, ma przepiękne ilustracje bogów oraz wspomaga edukację matematyczną. W tej grze zrzucamy karty na Olimp, za każdym razem ogłaszając wartość Olimpu, czyli jego poprzednią wartość powiększoną o kartę którą na niego kładziemy. Kiedy nasz ruch spowoduje uzyskanie wartości 10, 20, 30 i podobnej okrągłej sumki otrzymujemy figurkę Zeusa. Celem jest zachowanie figurki Zeusa gdy runda się skończy, a skończy się wtedy, kiedy Olimp przekroczy wartość 100. Na uwagę zasługują karty bogów, które zamiast liczby mają na sobie efekt, który coś robi z Olimpem, a bardzo często również pozwala na przyjęcie figurki Zeusa. Wbrew oczekiwaniom figurka Zeusa zmienia właściciela praktycznie non-stop i tak naprawdę trudno przewidzieć kto z nią skończy, ba! trudno sobie nawet przygotować jakąś strategię. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie – ale gra jest pełna emocji i to jest właśnie to, co w niej cenię najbardziej.
Gała
Popcoolturowy Quiz to gra, po którą nie miałam zamiariu szybko sięgać, a jednak zdecydowałam się ją zabrać na majówkowy rodzinny wypad. I wcale nie żałuję! Nie znając tego tytułu podchodziłam do niego z dystansem, a okazało się, że jest to bardzo przyjemna gra. Możemy zagrać aż w 8 osób, a nawet i więcej, jeśli stworzymy drużyny. Cała zabawa polega na zagraniu określonej liczby rund w zależności od ilości osób (zazwyczaj jedna lub dwie) i odpowiadaniu na pytania. Na każdej karcie znajduje się pytanie o wartość liczbową oraz 3 warianty, do których dopisane są wartości. Po kolei zadajemy pytanie, rzucając najpierw kością: jeśli wypadnie 1 – obstawiamy najniższą wartość, 2 – średnią i 3 – najwyższą. Dodatkowo do naszej odpowiedzi dodajemy żeton z cyfrą od 1-8 (ilość żetonów na grę zależy od liczby graczy) i jeśli odpowiedzieliśmy dobrze, tyle punktów otrzymamy. Każdy żeton można użyć tylko raz na całą grę, dlatego też musimy rozważnie planować wydawanie tych z najmniejszą wartością i tych z największą. A pytania są najróżniejsze i związane z naprawdę każdą możliwą dziedziną! Niektóre są trochę za mocno przekombinowane (np. wzrost ludzi, o któych raczej nigdy nie słyszeliśmy, różnący się o 1cm), ale inne zmuszające do myślenia i szacowania (np. w ciągu minuty: liczba wysłanych tweetów, pobrań z App Store czy polubień kont firmowych na Facebooku). Muszę stwierdzić, że w dobie analfabetyzmu matematycznego gra naprawdę potrafi wyciągnąć z nas to co najlepsze i kieruje na dotąd niezbadane obszary naszego logicznego myślenia i szacowania. I choć rzeczywiście niektóre z pytań wielkiego sensu nie mają, to trafiają się perełki, które „robią nam całą grę” ;) Na niektórych kartach zdarzają się błędy, których z całą pewnością być nie powinno i to jest rażące. Ale
Popcoolturowy Quiz zrobił na mnie naprawdę niezłe wrażenie, a zagrywała się w niego cała rodzina! I nawet usłyszałam od babci już pod koniec majówki: „A zagramy jeszcze raz w ten Quiz?” :)