Ładne pudełko zawsze przyciąga moją uwagę, choć znane jest mi powiedzenie „Nie oceniaj po okładce”. Kilka razy dałam się nabrać na piękną grafikę, a w zamian otrzymałam przeciętną, lub nawet nieciekawą fabułę czy mechanikę. Z Muse na szczęście było inaczej, bo śliczne obrazki grają tu główną rolę i tworzą klimat. Trochę jak w Dixicie, do którego zresztą gra Muse jest bardzo podobna!
Instrukcja ma 3 strony, więc nie sposób się nie domyślić, że zasady można wytłumaczyć w minutę. Gracze dzielą się na grupy, a ta, która rozpoczyna rozgrywkę, dociąga ze stosu 6 kart arcydzieł oraz dwie karty inspiracji. Te pierwsze zawierają piękne obrazki – bardzo podobne do tych z Dixita, a te drugie wyznaczają temat. Drużyna wybiera po jednej z obu rodzajów kart i przekazuje muzie z przeciwnej drużyny. Ta musi rzucić hasło nawiązujące do tematu z karty inspiracji i pasujące do karty arcydzieła, na przykład: część garderoby – szalik, zwierzę – pies, kraj – Japonia. Następnie kartę tę tasuje się z pozostałymi pięcioma kartami arcydzieła i wykłada je obrazkami do góry. Drużyna muzy musi zgadnąć, o którą kartę chodziło. Jeśli im się uda, dostaną punkt. Pierwsza drużyna, która zbierze ich pięć – wygrywa.
Obrazki na kartach zachwycają. Są naprawdę przepiękne, inspirujące, kolorowe. Karty inspiracji mają tematy, które są trochę rozbieżne. Według mnie jedne o wiele łatwiej dopasować do kart arcydzieł niż inne. Gra przypomina Dixita, ale punktowanie jest zupełnie inne – jak dla mnie trochę za banalne. Na początku myślałam, że przez to gra będzie mniej atrakcyjna i aż tak nie zachwyci. Po części rzeczywiście tak było, ale mimo to bawiłam się bardzo dobrze, bo było trochę śmiechu, wiele dyskusji, główkowania.
Grę można luźno potraktować jak oddzielny dodatek do Dixita i grać kartami, które się w niej znajdują, lub odwrotnie – do kart z Dixita dodać karty inspiracji i bawić się na zasadach Muse. Ten tytuł nie jest niczym odkrywczym, ale miłośnicy gier imprezowych, pięknych ilustracji i rozrywki będą się przy niej dobrze bawić.