Tonga Bonga – Ze starej półki cz.26
Ten tekst przeczytasz w 2 minut

Tonga BongaW jednym z numerów Świata Gier Planszowych pan Michał Stajszczak opisywał grę Stefana Dorry, w której po raz pierwszy miano zastosować mechanikę dice placement. Był rok 1998, czyli sporo wcześniej przed narodzinami gry Kingsburg, która rozpropagowała ten element. Niestety, o ile sam pomysł Dorra miał świetny, o tyle reszta konceptu skutecznie go przysłoniła.

Jako że kości lubię, ochoczo nabyłam drogą kupna używany egzemplarz Tonga Bonga. Rozpromieniona zaprezentowałam artefakt kolegom w klubie i namówiłam do gry. Raz. Na tym się skończyło, wyspa Tonga Bonga zaginęła w czeluściach oceanu lepszych gier. Niestrudzona i nieprzekonana co do zepsucia produkcji pana Dorry rozłożyłam grę na spotkaniu z grającymi znajomymi w domu. Tutaj opinie były zgoła odmienne – gra wzbudziła wiele radości.

(fot. BGG Admin)

(fot. BGG Admin)

Skąd tak zróżnicowane oceny? Na pewno z faktu, że klubowi koledzy to grono geeków i ością w gardle stają im wszystkie niezbalansowane elementy, które w Tonga Bonga po prostu pchają się przed oczy. Znajomi z domowego podwórka bardziej nastawieni są na pocieszne minuty nad planszą niż optymalizującą i dopracowaną w każdym detalu rozgrywkę. Zabawne, że to co jednych odstręcza, drugich rozwesela. Tak więc, totalny gro-podobny chaos przy oferowaniu pieniędzy przyszłym pracownikom na naszej łajbie i wszystkie nie-do-przewidzenia jego konsekwencje wśród kolegów wywołały odruch podobny kotu, któremu nie smakuje mięsno-podobna saszetka i z obrzydzeniem otrząsa wąsy – a wśród znajomych ogólne uchachanie przypominające upojenie tanim wino-podobnym jabolem.

(fot. Geo)

(fot. Geo)

Pomimo rekomendacji SDJ, gra polegająca na losowym zarabianiu pieniędzy nie przebiła się na planszówkowym rynku nawet 15 lat temu. Miała w tym względzie zbyt mocną konkurencję w postaci Monopoly and co. W teorii miała nas nauczyć szacowania ryzyka, kuszenia klienta i podpuszczania konkurencji w bardzo przyjemnej formule rekrutowania załogi i pływania pomiędzy wysepkami. W praktyce, ile byśmy pieniędzy nie zaoferowali (za wysokie nominały kości innych graczy), rozkład kostek był nie do przewidzenia i tym samym długość trasy (zależna od liczby podarowanych nam w sumie oczek) zupełnie przypadkowa i niezależna od liczby wydanych monet. Jedna wielka karuzela.

Grałam kilka razy, starałam się mocno kusić graczy wysokimi ofertami pieniężnymi i … nic. Płynęłam albo dalej, albo bliżej, bez widocznego algorytmu. Współgracze dość szybko zauważyli tę (nie)prawidłowość i obstawiali bardzo minimalistycznie, skoro w ostatecznym rozrachunku o wygranej decydowała pula kasy. Nie mieliśmy nawet pomysłu, jak specjalnie naprawić zacinający się mechanizm. Szczególnie, że gra w takiej formie, jaką prezentuje znalazła jednak swoich amatorów. Dla lubiących kolorowy zawrót głowy – będzie to więc zabawa, dla graczy – mordęga.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*