Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Banał. Na szczęście dzięki naszemu hobby oklepane „panowie! zrzutka na kieliszek chleba!” możemy zamienić we „wspólną walkę z demonicznym królem ZUA”, „bohaterskie zmaganie z wirusami (i HAZMAT suits)”, czy „romantyczny spacer do Mordoru”. Świetny pomysł i super zabawa! Szkoda tylko, że nie działa w planszówkach…
Kooperacja to żyła złota ostatnich lat w branży gier konsolowych. Wielu graczy (w tym wyżej podpisany) szuka kolejnych możliwości przeżycia przygód razem ze swoimi znajomymi. Implementacja tego trybu to rzecz może nie tyle niezbędna, co bardzo pożądana – zwłaszcza przez wydawcę, dla którego oznacza ona dodatkowe pudełka lądujące w koszykach fanów. Co-op rządzi!
W przypadku planszówek gałąź ta jest zaledwie niewielką niszą – niszą, która ma jednak głośnych i popularnych reprezentantów i która sukcesywnie poszerza się o kolejne pozycje. Pozycje, które w moim odczuciu łączy jedna cecha – są słabe.
Od razu pobawmy się w fetyszystę ludologa (z różnych przyczyn nudziarza i gbura) i podzielmy gatunek na dwa szczepy – każdy oferujący toksynę innego typu.
Szczep pierwszy, łagodniejszy – gracze kontra plansza. Sprawa prosta, nudna, powtarzalna – wieloosobowa grupa obwarowana szeregiem reguł (sprowadzających się w dużej mierze do symulacji Boardgame Intelligence) udaje, że nie „bawi się” w sztucznie rozdętego samotnika, tylko dzielnie walczy z wyzwaniami podsuwanymi przez złowieszczą planszę. Mogą to być złe duchy, pączkujące wirusy, czy sam Sauron i jego menażeria. Efekt jest niezmiennie ten sam – jeden szeryf i wielu zastępców, lub w bardziej realistycznej wersji jeden król i reszta plebsu. Oczywiście reguły zwykle starają się przeciwdziałać tej sytuacji zabraniając pokazywać swoje zasoby, nakazując mówić tylko po staropolsku używając czcionki gothic lub zasypując biedaków przeraźliwą ilością tekstu, byle tylko siedzieli cicho i się dobrze bawili. Rewelacja! Wszystko zależy od grających? Może i tak, ale w moich rozgrywkach albo był jeden dyrygent, który się dobrze bawił albo wszyscy usilnie starali się nie dopuścić do takiej sytuacji uciszając co aktywniejszych graczy i dobrze nie bawił się nikt. Gdzie tutaj sens?
Szczep drugi, złośliwy – gracze kontra plansza + zdrajca lub bardziej prozaicznie i przygodowo gracze kontra gracz. No, tutaj nie ma przebacz – jest ryzyko, jest zabawa. No, przynajmniej dla niektórych. Czasem. Ta koncepcja ma swoje zalety – zwłaszcza (nowe mutacje prosto z kosmosu), gdy swoją tożsamość poznajemy dopiero w trakcie gry. W wersji standardowej typowej dla „dungeon crawlers” w typie Dooma, czy Draculi (choć podziemi akurat tam nie ma) bawi się dwóch graczy – Wujek Samo Zło i ten Król od plebsu. Zawsze to trochę lepiej, ale czemu nie pograć po prostu w wariant 2-osobowy? W grach ze zdrajcą jest ciekawiej – zwłaszcza, jeśli tym zdrajcą jesteśmy my. Trzeba kombinować, udawać, mataczyć i – jeśli zdrajców jest kilku – próbować wykryć swoich kompanów. Poczciwiny grające po stronie dobra mają niestety mniej szczęścia – ot, trzeba kolejny raz odwalać pańszczyznę ratując świat, statek, czy Camelot, czasem dla rozrywki wykrzykując „Ty płatny zdrajco, pachołku Rosji!”. Efekt jest taki, że wszyscy chcą grać jako przystojny kapitan Kloss lub piękna Number Six (w zależności od preferencji). Ale nawet wtedy musimy bardzo „chcieć” się dobrze bawić. Trzeba przebrnąć przez tonę tekstu, kart, reguł i powtarzalnych czynności, które są zwykłym wypełniaczem mającym jakoś zapełnić czas i dać poczucie, że naprawdę wykrywamy szpiega. Dlatego jeśli nie jesteśmy hardkorowym fanem serialu Battlestar Galactica to jego planszowa wersja znuży nas i znudzi. Dlatego pozbawiony tych wypełniaczy Resistance jest jeszcze gorszy – autorzy nawet nie silą się na przekupienie nas figurkami, kartami, czy planszą – ot, dają kilka reguł i każą marnotrawić czas na niekończących się i przeraźliwie nudnych dyskusjach mających jakoś tam pokazać kto jest tym złym. Traumatyczne przeżycie.
Próbowałem wielu tytułów z obu szczepów – bez powodzenia. Mimo tych porażek, z uporem maniaka śledzę doniesienia o kolejnych planszowych kooperacjach. Ciągle mam nadzieję, że kiedyś ktoś wymyśli grę, która nie będzie zmuszała mnie do udawania, że się dobrze bawię, ale autentycznie pozwoli poczuć się jak podczas sesji w Gears of War, czy Borderlands. Póki co odkładam pudełka do szafy i lecę do konsoli. Zimne piwo już czeka…
Bardzo dobry felieton.
Ja na przykład uwielbiam latać; latać klasą ekonomiczną, biznesową, ba – pierwszą (choć okazji jeszcze nie miałem :P). Uwielbiam orzeszki zabierane stewardesom z końca samolotu, drobne buteleczki z miłą zawartością (w ilości nie uniemożliwiającej dalsze cieszenie się z lotu). Jakoś daję radę w przybytku – z konieczności – publicznym, choć mój wzrost jest pewna przeszkodą. Naprawdę lubię latać.
I do cholery nie kombinuję jak tu mieć wrażenia z latania kiedy jadę samochodem / tramwajem czy pociągiem. Nie da się.
Da się inaczej, równie przyjemnie, ale nie tak samo.
Nie poszukuję zatem mięsa w serowym fondue…
Znam mnóstwo graczy, którzy uwielbiają grać razem, wspólnie wyrywać lub przegrywać. Gram w planszówki bardzo często (nie wiem jak to u Ciebie wygląda) i przewija się przez mój stół bardzo dużo gier i bardzo dużo prototypów. Staram się obserwować jak ludzie się bawią przy różnych grach i mam obserwacje nieco inne do twoich.
Sam nie jestem wielkim fanem kooperacji na planszy, bo rzeczywiście może powiewać nudą i często wyłania się lider, który kieruje zabawą. Z drugiej strony obserwowałem grupy w przeróżnym wieku, które po raz kolejny sięgały po tę samą grę kooperacyjną. „Tym razem się uda, tym razem zrobimy to inaczej…” – gracze próbują wygrać grę i wspólnie dojść do rozwiązania, a nie tylko liczyć na błędy współgraczy. Gra stawia przed nami pewne wyzwanie i słono zapłacimy za nasze pomyłki.
A w ogóle nieporozumieniem jest porównywanie atrakcyjności planszowych gier kooperacyjnych z konsolowymi. Marcus Fennix przecinający Locust na pół swoim Lancasterem na 42-calowym ekranie zawsze będzie bardziej atrakcyjny niż figurka na planszy i garść kości.
Pytanie, czy kooperacja na komputerze to prawdziwa kooperacja, w której mamy prawdziwe decyzje? Czy czasem nie jest to kooperacja w której mamy po prostu dwa razy więcej potworów do zabicia, albo taka, w której czasem trzeba na raz nacisnąć ten sam guzik.
Dawno nie grałem na konsoli, ale przeszedłem w co-op’ie GoW’a 1 i 2, trylogię Halo i Army of Two, która była stworzona dla dwóch graczy. Kooperacja w tych grach zupełnie mnie nie powaliła. A w Ghost Stories, Battlestar Galactice, czy w Pandemicu trzeba rzeczywiście razem jakieś decyzje podejmować i gracze to lubią.
Zawsze powtarzam, że nie lubię gier kooperacyjnych chyba że to gra ze zdrajcą i ja nim jestem. Dla mnie podstawową cechą gry jest rywalizacja i wynikająca z niej interakcja, jeśli jej brak gra przestaje być grą a staje się rodzajem towarzyskiej zabawy.
Towarzyskie zabawy sa ok ale z jakiegoś powodu nie gramy w salonowca, kalambury ani berka tylko właśnie w planszówki;)
Dobrze mówisz Wookie, ale źle :P
„Marcus Fennix przecinający Locust na pół swoim Lancasterem na 42-calowym ekranie zawsze będzie bardziej atrakcyjny niż figurka na planszy i garść kości” – nie mam pojęcia kto to Fennix, mam gdzieś 42-calowy ekran.
Kiedy wybieram planszówki, to planszówki, kiedy wybieram grę na PCta / konsolę czy inną sieć to wybieram.
:)
Bardzo dobry felieton. Nie miałem okazji zagrać w zbyt wiele kooperacji na planszy, ale sama idea współpracy a nie wzajemnego wyrzynania jakoś mnie intuicyjnie odrzuca:)
W każdym razie sądząc po liczbie fanów takich pozycji efekt „kija w mrowisko” gwarantowany. Czekam na kolejne felietony:)
Beznadziejny felieton ;)
Podobał mi się do momentu aż nie doszedłem do fragmentu o Resistance – na tę chwilę gry z mojego TOP 5. Z felietonu dowiedziałem się, że Don Simonowi nie sprawiają przyjemności gry kooperacyjne… Pewnie też nie grałeś w RPGi, albo grałeś i uważasz, że to bezsensowne gadanie z kostkami (lub bez). Ok :) Poza tym zauważ, że każda gra kooperacyjna ściśle wiąże się z tematem. Nie łapiesz klimatu, nie siadaj. Po co się męczyć.
A tak serio, to brakuje mi w felietonie próby odpowiedzi na to dlaczego tak się dzieje oraz może próby stworzenia lepszego rozwiązania. Problem z tymi grami jest taki, że wszystkie działania i reakcje na nie są jawne (nie mówię teraz o grach ze zdrajcami) przez co inni gracze mogą wpływać na decyzje pozostałych. Pewnie są co-op’y, które próbują z tym walczyć. Jeśli im się nie udaje, to dlaczego? Może ktoś mnie oświecić? :) Możliwe, że to przez graczy, którzy nie stosują się do reguł i jednak tajne informacje ujawniają przed innymi.
W grach komputerowych istnieje dodatkowy czynnik, którym jest czas, przez co nie da się wybrać lidera, który zrobi wszystk za każdego członka drużyny. Jeśli dobrze pamiętam to Space Alert jest na czas i jest kooperacyjny. Jak on się sprawdza?
Na koniec powiem, że cieszę się że pojawiają się na GF felietony, nawet beznadziejne (żart ;)), ale przydałoby się rozwinięcie tematu a nie tylko marudzenie :)
A ja nie rozumiem jak można siedzieć przed konsolą i samolubnie marnować czas. Pewnie z czasem z tego Szymonie wyrośniesz ;-)
A ja tam się zgadzam z Don_Simonem. Mnie też odrzucają co-opy, zagrałem już w kilka i w każdym powtarza się ta sytuacja, że jeden z graczy, z reguły ten kto najlepiej zna grę obmyśla plan i kieruje pozostałymi graczami, których rola sprowadza się do wysłuchania komendy dowódcy i zastosowania się do niej. – W następnej turze musisz iść tam bo nam zniszczą to i to i przegramy. – Ok.
@Edrache – w Space Alert problem ten tak samo występuje, jeśli nawet nie bardziej. Jest presja czasu więc tym bardziej wymagana jest koordynacja wszystkiego, inaczej zrobiłby się chaos. Czyli niejako sama gra wymusza na graczach wybrania spośród siebie koordynatora, czyli jeszcze gorzej niż w zwykłych co-opach. Z tych co-opów w które grałem chyba Battlestar był najmniej nudny, ale według mnie jest to gra do grania w domu ze stałą ekipę i piwkiem, pewnie jeszcze pomaga znajomość serialu. Na spotkania z przypadkowymi ludźmi raczej się nie nadaje. No i może Letters by się sprawdziło w wariancie 2-osobowym, sam grałem w 6 osób jako policjant i było przeraźliwie nudno.
Jeżeli gra jest prosta, to faktycznie pojawia się jeden szef i on rządzi. W takim np. Doomie jeszcze mi się nie zdarzyła drużyna, w której jedna osoba byłaby w stanie wymyślić taktykę na każde starcie, zawsze jest to wynikiem konkretnej porcji wspólnego myślenia. Ale Doom jest trudny (mimo że sypię ułatwieniami na początku rozgrywki to nie wyobrażam sobie, żeby mógł coś zrobić mniej niż optymalnie z innego powodu niż błąd). Dzięki wymagającemu przeciwnikowi Doom jest faktycznie ciekawy w kooperacji, natomiast jeżeli gra jest prosta to tego nie ma.
Hmm, no ja też nie jestem wielkim fanem Co-op’ów, ALE z tego co zauważyłem, sprawdzają się one całkiem nieźle przy „świeżych” ekipach nie kumających poważniejszych gier. Tu nie trzeba znać zasad (bo inni znają), nie trzeba samemu myśleć (bo inni podpowiedzą) a i tak można uczestniczyć w zabawie i niby jakoś grać.
Oczywiście zgadzam się z częścią postulatów, że to jest głównie taplanie się w tematyce i wczuwanie w rolę, zaś samej gry tak naprawdę nie ma w tym tak wiele, ale cóż – taki już urok gatunku. Albo się to lubi albo nie, ja osobiście nie mam nic przeciwko, choć nie powiem tez żebym przepadał.
Natomiast jako że wspomniałeś o Gearsie, to mam nadzieję że spróbujesz planszowej adaptacji – ponoć horda naciera tam bardzo ostro i trzeba nieźle spinać poślady żeby wygrać. Oczywiście jak zawsze może pojawić się syndrom „gracza alfa”, ale to też można jakoś wyeliminować odpowiednio dopierając ekipę…
Konsola – no cóż, czasem nic innego nie zostaje w prozie codziennego życia:) Wiem, że to inne medium i wrażeń tych samych nie będzie. Ale niech będą lepsze niż są do tej pory:)
Edrache – gdybym wiedział jak to naprawić to bym już swoją grę wydawał:) Ale są na sali panowie autorzy gier – może coś zaproponują…
W Space Alert grałem i lepiej nie było. Poza tym, że nawet się pozartowac nie dało bo trzeba było słuchać nagrania. No, ale to poważna misja – nie ma czasu na jakieś podsmiechujki…
A Gearsy planuje spróbować – akurat się wcześniej trojeczke z ekipą oćwiczy. Ale obawiam się podobieństw do Dooma – niekoniecznie mechanicznych, ale w esencji. Niby może być dyskusja i można się pobawić strzelaniem, ale w przeciwieństwie do ekipy kwiatosza, wielkiej różnicy nie ma i Szef po jakimś czasie się pojawia jednak.
Już na poważnie, to faktycznie nie spotkałem na razie gry kooperacyjnej bez syndromu szefa. Ale te gry mają właśnie zalety tego typu jak zabawa z świeżymi graczami i świetnie sprowadzają się jako rodzinne. Ciągle nie udało mi się zagrać w Space Alert, ale Wasz opinie niestety potwierdzają moje obawy… :(
To chyba wszystko zależy od współgraczy, ale jako dawny RPG-owiec polecam nowe D&D.
Gramy w 3-4 osoby z różnym doświadczeniem, ale gra jest na tyle prosta i trzeba patrzeć na swoje karty umiejętności, że każdy sam decyduje co robi.
Zdarza się nawet, że ktoś się odłącza od reszty i sam eksploruje podziemia po ma inny pomysł, więc w tej grze jak dla mnie najmniej jest odczuwalny ten syndrom.
Większość przedstawionych zarzutów jest czysto subiektywna. Jedni nudzą się przy kooperacji, inni przy eurogrze, która z powodu swojego poziomu „mózgotrzepności” sprawia, że każdy w ciszy sam duma nad swoim ruchem. Zero rozmów i interakcji. Bleee….
Zgadzam się jedynie z jedną tezą – syndrom „gracza alfa” faktycznie jest sporą bolączką gier kooperacyjnych. Ale jest to problemem tego gracza a nie gry. Nawet w grach niekooperacyjnych zdarza się ktoś, kto doskonale zna grę i co chwila komentuje posunięcia innych: „Co Ty robisz? Przecież ten ruch jest bez sensu.”
Przyznaję – jestem zapalonym ameritrashowcem, w tym szczególnie „arkhamowcem”. Prowadziłem wiele gier i też prowadziłem je źle – jako „gracz alfa”. Tego jednakże można się odzwyczaić i nauczyć prowadzić rozgrywkę tak, by była satysfakcjonująca. Bo i faktycznie gry kooperacyjne wymagają więcej pracy niż inne by przynosiły satysfakcję. Szczególnie ze względu na poziom umowności.
I tutaj sedno sprawy – spora część planszówkowiczów grała wcześniej w papierowe RPGi, gdzie poziom umowności, wczucia w klimat i pracy na nim był ekstremalnie wysoki. I tego nie mogę zrozumieć – tam to jakoś nikomu nie przeszkadzało, co?
Właśnie sobie uświadomiłem coś, co widać także w komentarzach. Pewna część osób krytykujących gry kooperacyjne nie ma problemu z istotą gier kooperacyjnych, ale z brakiem negatywnej interakcji. Widzę to zresztą także po współ-euro-graczach, którzy siadają do BSG – cieszą się jedynie wtedy, gdy są Cylonami.
Felieton świetny – pod względem formy, stylu i słownictwa. Merytoryka – czasami trafna, w większości przypadków mocno naciągana na potrzeby felietonu.
Odwracając kota ogonem – jak można bawić się z przyjaciółmi siedząc samemu przed telewizorem (jakby mało było gapienia się w ekran w pracy) i wczuwać się w tłuczenie jakiś zombie? Gdzie tu element społeczny, gdzie spojrzenia w oczy, wspólne podejmowanie decyzji, emocj? Nuuuudaaa ;-)
Geko – ja próbowałem obu typów zabawy – a Ty? :)
Jeszcze raz powtórzę – nie w porównaniu do konsol leży istota problemu…
@edrache – problem nie leży w tym, że gry planszowe nie są w czasie rzeczywistym, choć wprowadzenie czasu rzeczywistego choć trochę może zniwelować efekt lidera. Dzielenie się tajnymi informacjami w co-opach też nie jest tutaj problemem, choć psuje niesamowicie rozgrywkę (w takim Shadows over Camelot).
Po prostu gra planszowa nie jest żadną tajemnicą. Masz instrukcje, masz karty, przeczytasz i wiesz wszystko. Czasami jest los, ale to jest zarządzanie ryzykiem i wszystko do policzenia. Kwestia kto lepiej liczy – ten jest liderem. Nutkę nieprzewidywalności i geniuszu (w porównaniu do „sztucznej inteligencji planszy”) można wprowadzić dając zdrajcę, albo dzieląc grających na dobrych i złych. Tylko znów w tych podgrupach dobrych i złych może wystąpić efekt lidera. Porównywanie do konsol sensu nie ma, bo w konsolach masz przede wszystkim zręczność, sprawność, szybkość, doświadczenie wynikające z wciskania tych przycisków. No nikt za Ciebie ich nie wciśnie ;). Tego w planszówkach w większości nie masz.
Czy jest to do zniwelowania w jakimś stopniu? Może tak. Sam mam jakieś pomysły. Ale ZAWSZE… ZAWSZE gracze będą mogli popsuć grę kooperacyjną jak będą chcieli (mówiąc o pełnych co-opach bez zdrajcy). Mają po prostu dostęp do kodu źródłowego ;).
Don Simon prawdę rzecze
atrakcyjność gier kooperacyjnych spada w raz z rozegranymi partiami danej gry, w przypadku niektórych szybciej (w moim przypadku Arkham Horror) czy odrobinę później(np Battlestar).
Chociaż jest gra kooperacyjna, w którą z chęcią zagram, ale może dlatego, że mam tylko 1 partię za sobą, a tytuł ten to Betrayal at house on a hunted hill.
Don Simon poszedł po łebkach :) – zabrakło w analizie najfajniejszych gier z trybem kooperacyjnym – gier typu Starcraft, gdzie można fajnie grać drużynowo (scenariusze) ale i rozgrywka podstawowa często na budowaniu koalicji się opiera, i w sumie na kooperowaniu z sąsiadami moich sąsiadów, którzy akurat nie sa moimi sąsiadami, ale za 1-2 tury mogą się nimi stać i sojusz się odwróci.
Podobnie ma się rzecz z tytułami typu Gra o Tron, Dyplomacja, Mall of Horror czy inne gry negocjacyjne, gdzie zwycięzca może być tylko jeden (gra jest konfrontacyjna na poziomie celu), ale bez współpracy z innymi wygrać się nie da (gra jest kooperacyjna na poziomie sposobów dojścia do tego celu).
I przy StarCrafcie i przy GoT przedstawione zarzuty się nie bronią :p
tak – jestem świadom, że zmieniłem nieco definicję gry kooperacyjnej, ale przecież zaciera się ona już dość mocno – coraz więcej gier trudno jednoznacznie zakwalifikować. weźcie taki Krakow ADXXXX
Fajnie kooperacja jest rozwiązana w Republic of Rome. Wszyscy troszczą się o republikę, ale tak naprawdę wygrywa jeden gracz lub sama gra.
W Chaos in the Old World jest podobnie – w sumie gracze mają razem rozwalić Stary Świat – i teoretycznie może im się nie udać ;)
Don Simon postawił sobie tezę i do niej dobierał argumenty ;-)
Ja fanem kooperacyjnych nie jestem, ale przy Ghost Stories czułem napięcie i wcale nie było syndromu lidera (bo wszyscy mocno się zaangażowali w grę). Przy BSG też nieźle się bawiłem, chociaż ta gra to FFG, więc trochę za dużo czasu i klimatu w stosunku do mechaniki.
A samo arzekanie na gry kooperacyjne, że mają cechy gier kooperacyjnych (ze wszystkimi ich zaletami i wadami) jest po prostu naciągane. To trochę jakby narzekać na komedie, że są śmieszne i w zasadzie nie pokazują ludzkiego cierpienia.
Równie dobrze możnaby zjechać gry konfontacyjne. Że ktoś lepiej gra, lepiej zna zasady, czuje grę, a ktoś inny jest bity, czuje się przegrany, niepotrzebny i niech go ktoś przytuli itd. A przecież nie po to wspólnie siadamy przy stole, żeby sobie szkodzić, tylko wspólnie i miło spędzić czas ;-)
Gram w RPG od wielu lat i oczywiście gdy zaczynałem z planszówkami to spróbowałem co-opów: (Camelot, Pandemic). Totalna nuda. Zresztą do RPG nie ma w ogóle żadnego porównania – nie ma gry wyobraźni i ilość możliwości jest bardzo, ale to bardzo ograniczona.
Wspomniane w postach powyżej GoT, RoR i CitOW to nie są żadne co-opy i nie ma co tutaj ich przypadku porównywać, to są po prostu gry z elementem dyplomacji lub z możliwością porażki wszystkich graczy, zresztą raczej rzadko występującą.
Po tych dwóch felietonach, czekam Szymon na kolejne teksty dlaczego nie lubisz gier logicznych, familijnych, imprezowych i gier o jedzeniu. Będę wtedy wiedział dlaczego tak zawsze lubiłem Twoje komentarze.
Don Simon został wypożyczony z Super Expressu/Faktu by trochę ożywić GF ;).
Tak, taki prowokator-animator ;-)
ale jakże skutecznie:) Dwa, nieco prowokacyjne i pewnie trochę przejaskrawione felietony Don Simona dały więcej komentarzy i zaangażowania na portalu niż poprzednich 30 wpisów:) Co więcej duża część z tych komentarzy to fajna, merytoryczna dyskusja dużo wnosząca – zwłaszcza dla (takich jak ja) początkujących planszomaniaków.
Dobrze, że w ostatnim czasie GF przestaje być tylko portalem informacyjnym i recenzującym. Mnie się to bardzo podoba.
I tak jak pisałem wcześniej – z niecierpliwością czekam na kolejne mocne wejście :)
Czuję się zawiedziony. Powiększam zdjęcie, biorę lupę, zapisuję i znów powiększam i… nic. Ani facjaty Pancha ani Don Simona nie widzę :( :P
A co do felietonu to fajny, tezy rzeczywiście nieco naciągane, ale tu akurat z większością się zgadzam. Generalnie Co-py to syf i szkoda na nie czasu. Wyjątek stanowi tylko Doom :D
To ja rzucę temat dla Szymona: czy sushi jest nudne i dlaczego tak? ;-)
@bogas… jak powiększysz prawe oko „szóstki” to zobaczysz lustro, w którym odbija się telewizor, w którym odbija się pół nagi Don Simon na kanapie z zimnym piwem w jednym ręku i aparatem fotograficznym w drugim. Ale to trzeba mieć sprzęcioch CSI ;).
przydałaby się jakaś planszostacja z Panchem i Don Simonem bo dawno nie było, szczególnie Simona
Może gry kooperacyjne trzeba potraktować jak wyścig zbrojeń, loty w kosmos i gry komputerowe? Nikogo z nas nie dotyczą – z wyłączeniem gier komputerowych ale umówmy się, że tak ;) – a pchają cywilizację do przodu. Co jeśli właśnie na naszych oczach powstaje sztuczna inteligencja? Te gry wnoszą innowacyjne często bardzo finezyjne mechanizmy, a tego nie powinniśmy nie doceniać.
ja się przyłącze do głosu edrach, bo feletion bardzo dobrze się czyta, ale rzeczywiście w sumie można go streścić w jednym zdaniu, że Don Simon nie lubi gier kooperacyjnych. Też chętnie bym przeczytał jakie propozycje i fajnie gdyby dyskusja poszła w tym kierunku. Bo kolejnego felietonu z marudzeniem nie przeczytam ;-)
Mam nadzieje, że o nowym pomysle koneva czy kogoś innego już niedługo usłyszymy…
Czytając ostatnie felietony cieszę, że nie zagrałem w takie ilości gier, bo te hobby wciąż mi przynosi więcej radości niż takich problemów.
A planszostacja mogła by wrócic tak czy siak z KIMKOLWIEK niech tylko wróci !!!!
No właśnie, drugi felieton o marudzeniu. Marudzenie idzie Szymonowi świetnie, jeśli chodzi o formę i styl. Podejrzewam, że jeszcze kilka felietonów i Szymon zrobi swoje tzw. „coming out”, tzn. przyzna się publicznie… że w ogóle nie lubi planszówek. Od jakichś 3 lat ;-p
Nie wiem kto będzie autorem, ale czuję przez skórę, że jeden z najbliższych felietonów na GF zostanie poświęcony grom jednoosobowym. Wieszczę tytuł „Gry solo – ponudźmy się w samotności”.
Podpowiadam następujące tezy wyjściowe:
– Gry solo są nudne.
– Gry solo to zubożone warianty gier wieloosobowych.
– Gry solo są bardzo nudne.
– Gry solo to turlanie kostkami i nic więcej.
– Gry solo są okropnie nudne.
– Gra solo nigdy nie zastąpi gry przeciw żywemu przeciwnikowi.
– Gry solo są niezmiernie nudne.
– Gry solo prowadzą do rozkładu więzi społecznych, w tym zwłaszcza do rozpadu rodziny.
– Gry solo są przerażająco nudne.
– W grach solo nie ma interakcji, sensu i nastroju.
– Gry solo są ogromnie nudne.
– Gry solo w porównaniu z prawdziwymi grami są jak masturbacja w porównaniu z prawdziwym seksem.
– Nigdy nie grałem i nie zagram w żadną grę solo, bo one są niezwykle nudne. Te gry.
Może tylko dodam na wszelki wypadek, że żartuję. Chociaż…
wszystko zależy w jaką grę się gra, znam nudne gry kooperacyjne, tak jak znam nudne gry ekonomiczne.
jakoś nie zauważyłam w Sabotażyście, żeby się wyłaniał jakiś lider, który wszystkim kieruje, a zabawę mają wszyscy, nie tylko „ci źli”
autorowi gry chyba najbardziej odpowiadałoby, gdyby w grach kooperacyjnych każdy miał swój box i nie komunikował się w żaden sposób z innymi graczami, najlepiej też, jakby na oczach miał specjalne okulary, w których ogląda wirtualny świat, bo sama plansza i teksty na kartach przecież nie pozwalają wczuć się w klimat. Tym sposobem dochodzimy do tego, że tylko gry komputerowe zapewniają prawdziwą zabawę.
Każda gra planszowa będzie nudna dla osoby, która nie ma wyobraźni i nie lubi przebywać wśród prawdziwych ludzi.
Felieton ciekawy. Może i jest to trochę marudzenie, ale marudzić też można, a czasem trzeba ;)
Choć akurat mój punkt widzenia jest w tej kwestii inny. Tak na moje oko, tego typu gry są wyjątkowo podatne na popsucie przez brak… zgrania graczy? ;) Nie chodzi mi to, że np. ktoś usilnie stara się zepsuć rozgrywkę, po prostu w pewnym składzie gra kooperacyjna może zwyczajnie nie działać jak trzeba (albo działać słabo), tak jak może nie sprawdzić się dowolny inny rodzaj planszówki.
W grupie, w której gram nie wystąpił jak dotąd syndrom terroru gracza-lidera w takim stopniu, żeby zepsuć przyjemność z gry, choć nie jedna gra co-op przewinęła się już przez stół.
No i więcej takich felietonów, nie chodzi o to, żeby się z każdym zgodzić, tylko żeby pojawiały się dobre teksty ;)
Właśnie o to chodzi żeby się nie zgodzić, ma to sprowokować do zastanowienia się i dyskusji :) A ze zdaniem „Niektóre kwiaty są naprawdę piękne” trudno jest ruszyć w świat dyskusji ;)
Kolegom Victorowi i Andiemu dziękuje za pomysły:)
@króliki – nie wszystkie gry mnie nudzą, tylko te nudne
@sipio – Ja bardzo lubię gry kooperacyjne tylko one nie lubią mnie i romans trwa zaledwie kilka rozgrywek
@baron – nie mogę Twoich propozycji zakwalifikować do gier kooperacyjnych – to normalne przecież normalne gry z dodatkiem ciekawych mechanizmów
@bogas – była okazja bezkarnie wrzucić zdjęcie ładnych pań to nie omieszkalem skorzystać. Ale konev dobrym tropem idzie:)
Andy, genialny zarys przyszłego felietonu o grach solo ;-D A w ogóle to kolegę Simona należy przesunąć do sekcji gimnastycznej. Chociaż… sekcje gimnastyczne są nudne… ;-)
Hej,
Ciekawy felieton. W sumie miałem podobne wrażenia z wielu kooperacyjnych gier. Np. Pandemic gra, którą bardzo lubię i uważam, że posiada wiele ciekawych mechanizmów, jednocześnie cierpi na syndrom uberGracza. Dokładnie tak jak to opisałeś: jeden inteligentny gracz mówi innym co mają robić.
W październiku wychodzi moja nowa gra (Alcatraz the Scapegoat), która powstała na kanwie przemyśleń bardzo podobnych do Twoich. Z jednej strony musisz tam współpracować z innymi graczami (inaczej nie uciekniecie z więzienia i wszyscy przegracie grę), a z drugiej od początku wiadomo, iż jeden z graczy na 100% zostanie w więzieniu jako tytułowy Kozioł Ofiarny. Nie mam tutaj więc mowy o tym aby ktoś mówił Ci co masz robić, a Ty żebyś potulnie to wykonywał. Każdy musi samodzielnie podejmować decyzje do jakiego stopnia zaangażuje się we wspólne wykonywanie zadań. Dodatkowo musisz dbać aby nie przedobrzyć – jeśli będziesz grupowym altruistą to masz pewność, że inni to wykorzystają i zostaniesz w więzieniu.