
W ubiegły wtorek zagrałem z Mst w Blokusa. Mst mnie rozjechał. Zmiażdżył. Przejechał się po mnie jak walec, poskakał po mnie i jeszcze na wszelki wypadek – zupełnie niepotrzebnie – obił mi łeb maczugą. Zupełnie nie wiedziałem co się dzieje. Zblokował mnie na amen. W Blokusa zagrałem i w weekend, tym razem w gronie czteroosobowym, a rozgrywka nie wyglądała wiele lepiej. Zająłem co prawda 2. miejsce, ale skłamałbym mówiąc, że na nie zasłużyłem. Wczoraj zaś, na poniedziałkowych spotkaniach w MDK zagrałem w Blokusa trzykrotnie. Pierwszą partię zakończyłem z 28 niepołożonymi na planszy kwadracikami. Drugą zakończyłem z 23 niepołożonymi na planszy kwadracikami. Trzecią z 13 niepołożonymi na planszy kwadracikami…
Jest postęp. Nauczę się tego Blokusa. Będę grał i ćwiczył. Nie dam się łoić jak dzieciak. Mam swoją godność. Mam swój testosteron. Mam silną potrzebę rywalizacji. Drżyjcie. Pewnego dnia położę na łopaty i Salou, i Mst. I nawet Russa. Williamsa. Z Teksasu.
A te kolorki na wzorze, to po co? :P
tiaaa znam to uczucie i uwierz Russ przy MST to dzieciak jest – wiem co mówię :)
MST wielkim miażdżaczem blokusowym jest ot co!
Istotą sprawy jak zauważyłeś doswiadczenie a te jak widać jest po stronie Mst i albo bedziemy cwiczyli intensywniej albo nasza pozycja będzie stracona za każdym razem. :)