Jestem już absolutnie pewien, ze nie lubię gier z drewnianymi sześcianikami. Kryzys przyszedł przy Agricoli, która zamęczyła mnie swymi komponentami na śmierć, dobiła później Cuba, wczoraj, gdy grałem sobie w Caylus Magna Carta upewniłem się, ze gdy w grze występują drewniane sześcianiki, to jest to zabawa nie dla mnie. Wiem z kolei, że Salou, z którym wczoraj grałem w CMC nie przepada za niektórymi zwariowanymi wynalazkami, które kładę mu na stół przed nosem. Jest on fanem Wysokiego Napięcia, fanem Caylusa, fanem Puerto Rico.
Gramy razem tydzień w tydzień, siedząc przy stole i świetnie się bawiąc, raz ja przełknę drewniane sześcianiki, raz on przełknie rzucanie się na drewniany totem. To jednak co obaj lubimy w grach najbardziej to wspólne spotkanie przy stole. Sześcianki są ledwo pretekstem.
Szacun, lubie czytać Twoje teskty trzewik ;) Jest dokładnie tak jak napisałeś w tym wpisie.
Zgadzam sie w kwestii zmeczenia niektorymi elementami gier. Rzeczywicie przy duzym natezeniu podobych tytulow kolejna gra z drewnianymi kosteczkami, ktore trzeba gdzies przekaldac, przewozic itp. moze sie naprawde znudzic. Doktor Szymon radzi – odstawic ten typ gier na miesiac. Przejdzie jak reka odjal ;-).
to samo z grami z nadmierną ilością plastikowych figurek… :)