Guatemala Cafe
Ten tekst przeczytasz w 3 minut

Wydawnictwo Eggertspiele ma u mnie bardzo duży kredyt zaufania, głównie dzięki trzem grom z ostatniego okresu: Antike, Imperial i Space Dealer. Wszystkie świetne, nowatorskie i bardzo wciągające. Pomimo, że Guatemala Cafe na pierwszych zdjęciach nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia stwierdziłem, że i tak ją kupuję i sprawdzę z czym mam do czynienia.

W Guatemala Cafe przenosimy się do Ameryki Środkowej i wcielamy w rolę plantatorów kawy. W pudełku po prostu gigantyczna liczba elementów: dwie spore plansze i drewno, drewno, drewno. Drewniane statki, drewniane ludziki, drewniane szopy, drewniane worki z kawą. Jak widać ktoś tu ma hopla na punkcie drewna lub po prostu bardzo dobre układy z fabryką produkująca drewniane elementy.

Zasady nie są skomplikowane i dość szybko je się tłumaczy. Na jednej z plansz umieszczamy wszystkie elementy, jest to plansza produkcyjna i będziemy mogli dzięki niej kupować poszczególne obiekty. Druga plansza to tzw. plansza z plantacjami, tam będziemy zakładać nasze plantacje kawy i je rozwijać.

Mechanika opiera się na dużym pionku, który symbolizuje postać Kupca. Kupiec krąży po torze umieszczonym wokół planszy produkcyjnej. Każdy z graczy może go przesunąć od 1 do 3 pól. W rzędzie, w którym się zatrzyma Kupiec, aktywny uczestnik może kupić od 1 do 3 rzeczy, mogą to być drogi, „robotnice” (wszak kobiety specjalizują się w Gwatemali w zbieraniu kawy), szopa i statek. Aby rozpocząć uprawę określonego gatunku kawy musimy dokonać zakupów i ustawić na planszy plantacji szopę i co najmniej jedną kobietę, wszystko jednego koloru. Statki służą do powiększania punktacji, jeden do podwajania, dwa do potrajania, trzy do pomnożenia wyniku o cztery. Jednak, aby okręt mógł zabrać na pokład zasoby kawy musimy połączyć drogą port, w którym znajduje się statek z szopą, w której magazynujemy kawę. Oczywiście wszystko musi być jednego koloru: szopa, pracownicy i statek.

Dodatkowo w swojej turze zamiast kupować możemy zawsze zapunktować dany rodzaj kawy, o ile znajdujemy się Kupcem w rzędzie, w którym jest worek z daną kawą. Przeciwnicy mogą próbować to zablokować, jeżeli punktacja jest zbyt wysoka. Przy punktowaniu gracz, który był inicjatorem zarabia 8 monet w lokalnej walucie oraz wszyscy, którzy mają plantacje określonego koloru otrzymują punkty.

Generalnie mechanika jest ciekawa, tury graczy błyskawiczne, ale czuje się pewien niedosyt związany z grą. Rozwiązań taktycznych jest trochę, trzeba pokombinować, umieć zarabiać pieniądze na punktowaniu, które nic nie dają przeciwnikom, a samemu podłączać się do punktacji innych graczy. Pomimo dołączonych ziaren kawy i charakterystycznej aury unoszącej się wokół rozgrywki Guatemala Cafe jest bardzo abstrakcyjna. Dodatkowo muszę przyznać, że w porównaniu do poprzednich, wymienionych przeze mnie produkcji Eggertspiele, Guatemala Cafe nie jest zbyt nowatorska. Dzieli ją spora przepaść w stosunku do poprzedników. Każdy zainteresowany tą grą, niestety musi sprawdzić ją sam i stwierdzić czy mu się spodoba czy nie, ja nie jestem w stanie dać jednoznacznej rekomendacji czy warto ją kupić, przynajmniej po pierwszych dwóch partiach jakie rozegrałem.

Ogólna ocena:

Złożoność gry:

Oprawa wizualna:

ZdjęciaRebel: 139.95 zł
Milan-Spiele: EUR 28,20
Thought Hammer: EUR 29.97

3 komentarze

  1. Avatar

    Kolejny tytul, ktory okazuje sie byc sredniakiem. To jakas plaga ostatnio – co nowosc to nic specjalnego… Czyzby nowatorstwo i oryginalnosc mozna bylo odnalezc juz tylko w zwariowanych party-game?

  2. Avatar

    Unikatowe i nadzwyczajne pomysły to nie bułki, które kupujemy co rano w sklepie. Wydawniczy młyn musi się kręcić i wydawnictwa stale muszą wprowadzać do sprzedaży nowe gry, aby zachować płynność finansową — i chociaż to truizm, w dużej mierze decyduje to o tym, że nawet dobre wydawnictwa czasem wypuszczają średnie gry sprawdzonych projektantów. Takie zresztą można znaleźć opinie np. na BoardgameNews. Znalezienie nowych autorów, odkrycie ich gier, dopracowanie zabiera przynajmniej czas (ponieważ sam się bawię w wymyślanie gier, wiem, ile to zajmuje czasu — mnóstwo, a nie finansuje tego nikt). Nawet w Niemczech potrzebny jest czas, mimo różnych udogodnień dojrzałego rynku spotkań z grami, konwentów dla projektantów itp… Wystarczy choćby rzucić okiem na wzloty i upadki Alea — zanim nie odkryli Stefana Felda, poziom zaczął trochę spadać, było trochę gier nijakich a jednak sam szef Alea przyznawał, że coś publikować musi. Cóż :)

  3. Avatar

    No tak, tylko wiesz, że mnie jako klienta to nic nie obchodzi. Chce kupić produkt wspaniały, najlepszy, a nie jakiś taki nijaki. Jak znani twórcy mają kryzys to niech wydawnictwa więcej ryzykują i sięgają po debiutantów. Masz rację mówiąc o trudności zrobienia dobrej gry. Ale jak wydawnictwo by przejrzało 100 projektów debiutantów to na pewno coś ciekawego znajdzie. Nie trzeba po razk kolejny męczyć Knizie, czy robić jakieś inne „generic” eurogry.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*